wtorek, 10 lipca 2012

Tomasz Duszyński - Tam i z powrotem: Podróż

Tam i z powrotem: Podróż
Tomasz Duszyński
Wydawnictwo Paperback
388 stron


Za każdym razem gdy jestem w gronie przyjaciół i rozmowa schodzi na science – fiction to w pewnym momencie dociera ona do wątku Gwiezdnych Wojen jako jednej z najważniejszych pozycji tego gatunku. Niektórzy sądzą, że nie znając Star Wars, nie można zagłębiać się dalej w s-f. Ja jednak się z tym nie zgadzam i nie znając tej serii (spojrzenia wyrzutu i niezrozumienia ze strony znajomych) postanowiłem złamać ich tok myślenia i bez żadnych większych problemów sięgam po kolejne powieści tego gatunku. Ostatnimi czasy w moje ręce trafiła nowa książka Tomasza Duszyńskiego: „Tam i z powrotem: Podróż”

Maks Barski to zwykły chłopak z Polski, lubiący przesiadywać i pobijać rekordy w salonie gier. Wiedzie normalne życie do czasu gdy uderza w niego piorun a wkrótce po tym incydencie budzi się na kosmicznej stacji Alfa i jest jednym z nowych kadetów. Okazuje się, że właśnie poprzez porywanie z różnych planet przebiega rekrutacja żołnierzy do wojny rządzącej dużą częścią zamieszkanych planet w kosmosie Federacją z próbującymi podbić ją zbuntowanymi androidami Drakka. Co więcej to właśnie Maks, wraz z nowopoznanymi przyjaciółmi, Aaronią oraz Tabo mają odegrać olbrzymią rolę w tej właśnie wojnie. To właśnie od kilkunastoletniego Polaka zależy życie miliardów istnień.

Być może z opisu nie wynika nic nadzwyczajnego, bohater musi stawić czoła najeźdźcy i bronić swojej Ojczyzny czy też w tym przypadku Federacji. Motyw dobrze znany aczkolwiek przedstawiony bardzo sprawnie i ciekawie. Na okładce przeczytać możemy, że „Tam i z powrotem” wciąga do ostatniej strony i rzeczywiście tak jest. Pan Duszyński tylko momentami daje chwile wytchnienia, poza tym akcja pędzi naprawdę szybko porywając czytelnika do tej kosmicznej przygody. Książka urozmaicona jest również o dobrą dawkę humoru i zabawnych momentów, dzięki którym czyta się ją łatwiej, z uśmiechem na ustach.

Fabuła opowiadana jest nie tylko z perspektywy Barskiego lecz również ze strony głównego antybohatera, łowcy Yehr Magra, czy też Aaronii i Tabo. Pozwala to na dynamiczne prowadzeni akcji i śledzenie akcji z wielu miejsc. Momentami jednak mogą nie podobać się zbyt częste zmiany tej perspektywy, jak w momencie gdy przyjaciele Barskiego toczą walkę o życie a czytelnik musi czytać o jego odpoczynku na innej planecie. Sama książka kończy się szybko i właśnie wtedy, kiedy wydaje się, że zaraz będzie najwięcej akcji, aczkolwiek tym nie trzeba się przejmować, bowiem wiadomo że będzie druga część.

Zróżnicowanie bohaterów w powieści jest dosyć duże i zasługuje na pochwałę. Znaleźć tu można wiele ras z których każda posiada inne umiejętności i inaczej wygląda. Wyglądający jak koty Kahirowie, Zieloni i mogący przybierać ogromne rozmiary wraz z którymi rośnie ich siła Turnici, posiadający dziób ptaka łowca, istoty z wieloma mackami na ciele i inne, równie ciekawe postacie. Również elementy specyficzne dla gatunku, jak statki i bazy kosmiczne, androidy, ścigacze, moduły i tym podobne, są dobrze i szczegółowo opisane.

„Tam i z powrotem: Podróż” to zdecydowanie dobra, choć posiadająca kilka niedociągnięć książka, którą bez problemu można polecić tym którzy chcą przeżyć ciekawą międzygwiezdną przygodę. Teraz tylko pozostaje czekać na drugą część, która, miejmy nadzieję, będzie jeszcze lepsza od tej. Powieść oceniam na 4/5.

Książkę otrzymałem od serwisu nakanapie.pl za co bardzo gorąco dziękuję:)



piątek, 29 czerwca 2012

"Mam sto pomysłów na minutę" czyli wywiad z Saszą Hady

Mam przyjemność zaprezentować wywiad z Saszą Hady, autorką powieści "Morderstwo na mokradłach" której premiera już 13 lipca.


    Podobno dzieciństwo spędziłaś w Leśniczówce. Jak wspominasz ten okres? Czy miał on wpływ na twoją twórczość?
Tak, przez jedenaście lat mieszkałam w leśniczówce. W okolicy nie było dzieci w moim wieku, więc za jedyne towarzystwo miałam książki. Bardzo dużo czasu spędzałam sama, wymyślając różne historie, a później zaczęłam je spisywać. Właściwie na początku komunikowałam się ze światem głównie w formie pisemnej - nawet moją pierwszą prawdziwą przyjaźń zawarłam korespondencyjnie;-) Teraz, chociaż dawno się przeprowadziłam do Krakowa i nie jestem już leśnym dzikusem (ale przyznam, że wielkie miasta wciąż mnie przerażają), nadal lubię samotność. Najlepsze pomysły przychodzą mi do głowy, kiedy jestem sama i mogę się wyciszyć.

    Czyli już jako dziecko związałaś się z literaturą? Czy pamiętasz może jakieś ciekawe historie z tego okresu, może legendy przekazywane z pokolenia na pokolenie, którymi nie wstydziłabyś się podzielić z czytelnikami?
Pamiętam, że kiedy miałam dziesięć lat, któregoś wieczoru po kąpieli zapytałam moją mamę bardzo poważnie, czy mogę zostać pisarką. Powiedziała, że tak, oczywiście - ale podejrzewam, że wyglądałam wtedy tak słodko, że zgodziłaby się nawet, gdybym oświadczyła, że chcę zostać astrofizykiem. 
Co do rodzinnych legend, to mamy ich sporo, bo w naszym domu panuje duch Szwejka i Rabelais'go. Ciągle robimy sobie kawały i niespodzianki - zwykle mało subtelne i wyszukane. 
Mogę się podzielić jedną historią - dosyć kompromitującą (ale te są najzabawniejsze;-)) Kiedy byłam mała, lubiłam pisać bajki - zresztą, nadal je piszę, ale teraz są to raczej ironiczne przypowieści, a wtedy tworzyłam jakieś grafomańskie potworki w stylistyce hm, młodopolskiej;-) Spisywałam te bardzo wzruszające i podniosłe historyjki w różnych zeszytach, które potem porzucałam w dziwnych miejscach w domu. Jeden taki zeszyt zostawiłam kiedyś na pralce - bajka urwała się na opisie dzielnego księcia, bo w połowie zabrakło mi weny, taki był cudny. Szło to mniej więcej tak: "Nosił szmaragdowy płaszcz aż do ziemi, miał oczy błyszczące jak diamenty, usta jak rubiny, policzki jak mleko, a złote, miękkie loki spływały mu aż do ramion...". Jakiś czas później zajrzałam znów do tego zeszytu, powyginanego od wilgoci i poplamionego wybielaczem i - jako że zupełnie zapomniałam o tej bajce - zaczęłam czytać ją na nowo z ogromną błogością. W końcu doszłam do kulminacyjnego opisu księcia - mmm, tak: oczy jak diamenty, usta jak rubiny, złote loki spływały mu aż do ramion... Ku mojemu zdumieniu tekst wcale nie kończył się w tym miejscu. Poniżej znalazłam dopisek mojej mamy: "...a z nosa aż do kolan zwisały mu błyszczące zielone smarki...". Pamiętam, że byłam wtedy bardzo oburzona tym świętokradztwem ;-) 
Cóż, obawiam się, że poniekąd odziedziczyłam ten typ poczucia humoru - czytelnicy "Morderstwa na mokradłach" będą mogli się o tym przekonać;-)

    Już w młodości pisałaś bajki i przyznać trzeba, że całkiem ciekawe. A kiedy zrodził się w Tobie pomysł na napisanie powieści? Planowałaś to od dłuższego czasu czy też przyszło to spontanicznie?
Bardzo lubię czytać powieści i zawsze chciałam jakąś napisać, ale przyznam, że nie spodziewałam się, że moim debiutem będzie powieść detektywistyczna. Wyczytałam gdzieś, że pisanie kryminałów to doskonały trening dla początkujących pisarzy, bo uczy logicznego prowadzenia intrygi i dbałości o szczegóły, więc postanowiłam spróbować. Potem odkryłam, że bardzo trudno jest przestać pisać powieści detektywistyczne (bo to naprawdę świetna zabawa) i że właśnie ten rodzaj powieści najbardziej mi odpowiada. Pomysł na napisanie książki o Alfredzie Bendelinie (dyskrecja gwarantowana) zrodził się bardzo niedawno... 

    Wiadomo, że tyle ilu jest autorów, tyle jest również sposobów na pisanie powieści. A jak u Ciebie wygląda  proces twórczy ?
Na początku pojawia się pojedynczy obraz lub pomysł (zwykle wtedy, kiedy powinnam pracować nad czymś zupełnie innym i myśli rozpaczliwie rozpierzchają mi się na wszystkie strony). W przypadku "Morderstwa na mokradłach" był to pomysł na opisanie przypadku Bogu ducha winnego młodzieńca, który zostaje wzięty za sławnego detektywa i przymuszony do odgrywania tej roli. Później pojawiają się kolejne obrazy, które czasem się ze sobą łączą, a czasem nie. W końcu wszystko zaczyna się układać we w miarę spójną całość i mam wrażenie, że przed moimi oczami przesuwa się sensacyjny film, klatka po klatce. Zwykle w tym stadium pisania robię się bardzo roztargniona i moi przyjaciele narzekają, że podczas rozmów nagle się wyłączam i gapię gdzieś w przestrzeń z głupawym uśmiechem na twarzy. 
Kiedy widzę już ogólny zarys książki, rzucam się do pisania i piszę bez przerwy, dopóki nie skończę. "Morderstwo na mokradłach" napisałam w mniej więcej dwa miesiące, prawie nie śpiąc po nocach i każdą wolną chwilę spędzając przed komputerem. Bardzo mnie to wciągnęło i pod koniec już nie mogłam się doczekać, kiedy się przekonam, jak to się wszystko skończy;-) 

    Skąd pomysł, by osadzić akcję powieści na oddalonej od cywilizacji angielskiej prowincji?   
Ta decyzja to wynik nawiązania do pewnej tradycji - w świadomości czytelników (również polskich) istnieje taka mityczno-literacka przestrzeń sielskiej angielskiej wioski, która jest doskonałą sceną dla krwawych, ponurych mordów. Do tej przestrzeni odwołali się np. twórcy popularnego serialu "Morderstwa w Midsomer" oraz Martha Grimes w niektórych książkach o Richardzie Jurym. Jest nam ona również znana z "rodzimej produkcji" czyli ze świetnych kryminałów Joe Alexa. Można powiedzieć, że na angielskiej prowincji czujemy się jak w domu. Z tym, że jest to taki dom, w którym z każdej szafy wypada jakiś interesujący trup...

    Wiadomo, że Alfred Bendelin ma wiele wielbicielek i jest wręcz rozchwytywany. Jaki stosunek miałabyś do niego, gdyby istniał naprawdę? 
Trudno powiedzieć, bo Alfred Bendelin w pewnym sensie podwójnie nie istnieje - również w mojej książce jest postacią fikcyjną. To superbohater, genialny detektyw obdarzony wszelkimi możliwymi zaletami, więc trudno go kochać. Cieszę się, że nie istnieje;-) Natomiast bardzo lubię Nicka Jonesa, który podszywa się pod Bendelina. To moja ulubiona postać z "Morderstwa na mokradłach" - a ci, którzy już przeczytali książkę, bardzo wyraźnie dzielą się na fanów Nicka i fanów Ruperta, pisarza, który stworzył Alfreda Bendelina... Ciekawa jestem, kogo Ty bardziej polubisz :-)

    No i co planujesz na przyszłość? Myślisz o kolejnej książce? Czy będziemy mogli przeczytać więcej o Alfredzie Bendelinie?
Mam sto pomysłów na minutę, więc jeśli czytelnikom spodoba się "Morderstwo na mokradłach", na pewno powstaną następne tomy przygód Alfreda Bendelina. 

Chciałbym podziękować za możliwość rozmowy zarówno autorce jak i wydawnictwu Oficynka bez którego nie było by to możliwe :)

piątek, 18 maja 2012

Ireneusz Gębski - W cieniu Sheratona

W cieniu Sheratona
Ireneusz Gębski
Warszawska Firma Wydawnicza
162 strony


W dzisiejszych czasach przechadzając się ulicami któregoś z miast Wielkiej Brytanii nie sposób nie natknąć się na Polaka, polski sklep albo cokolwiek co związane z naszym krajem . Bardzo dużo Polaków właśnie tam wybiera się w poszukiwaniu życia lepszego niż w Polsce. Kusi ich perspektywa dobrze płatnej pracy i możliwość zaoszczędzenia jakiejś sumy. Jednak czy w rzeczywistości jest tak kolorowo? Przekonać można się całkiem łatwym sposobem bowiem losy naszych rodaków za granicą przybliża nam Ireneusz Gębski w swej powieści „ W Cieniu Sheratona”.

Poznajemy w niej czwórkę Polaków, którzy za chlebem udali się właśnie do Anglii. Rozwodnik po czterdziestce Jurek, będący w związku Rafał i Ania oraz młoda Ewelina zarabiają ciężko pracując w Sheratonie, jednym z dużych angielskich hoteli.
Okazuje się jednak, że życie na Wyspach wcale nie jest tak wspaniałe jak mogłoby się to wydawać. Mieszkający razem Rafał i Ania coraz bardziej się od siebie oddalają i coraz częściej dochodzi między nimi do kłótni. Jurek użera się ze swym wstrętnym przełożonym i chciałby zakochać się ponownie jednak demony przeszłości mu na to nie pozwalają.

Jak wynika już z samego opisu, powieść jest realistyczna i pokazuje prawdziwe życie Polaków za granicą. Daję sobie rękę uciąć, że wielu z nich boryka się z problemami przedstawionymi w książce. Autor w ciekawy sposób pokazuje codzienność bohaterów, ich ciężką pracę w Sheratonie gdzie harują za najniższą stawkę często spotykając się z poniżaniem i niezrozumieniem ze strony przełożonych lub miejscowych. Nie skupia się jednak tylko na pracy, przedstawia nam ich życie osobiste, uczucia i emocje a przyznać trzeba, że sferze miłosnej dzieje się naprawdę dużo. Niestety zabrakło w powieści dobrego zakończenia, co prawda jest happy-end, ale czuje się duży niedosyt, gdy już się dobrnie do końca.

Pan Gębski pisze prostym i zrozumiałym językiem, przeplatanym hotelowym żargonem oraz zwrotami angielskimi, które upewniają czytelnika co do miejsca akcji. Oczywiście każdy z takich zwrotów jest wyjaśniony przypisem, więc osoby nie znające angielskiego nie muszą się martwić. Styl autora ma w sobie coś co wciąga czytelnika. Właściwie nie dzieje się tu nic wielkiego, nie ma żadnych napaści, morderstw czy wybuchów, wręcz przeciwnie, ukazane jest życie ludzi takich jak tysiące innych, a mimo to chce się wiedzieć co będzie na kolejnej stronie.

„W cieniu Sheratona” jest ciekawą i wciągającą książką, po której moje spojrzenie na życie za granicą zmieniło się bardzo. Nie sądziłem, że powieść o realnym życiu kilku Polaków na emigracji może być tak ciekawa, jednak zostałem mile zaskoczony. Świetna pozycja na wieczór, niestety tylko na jeden bowiem ma tylko ponad 150 stron i czyta się ją aż za szybko. Książkę oceniam na 4/5.

Za możliwość przeczytania książki dziękuję autorowi, Panu Ireneuszowi Gębskiemu.

środa, 2 maja 2012

Małe podsumowanie

Kwiecień był miesiącem bardzo słabym pod względem czytelniczym. Trudno mi powiedzieć ile przeczytałem stron. Przeczytałem tylko 4 książki, w 2 książkach jestem w połowie.
1 z 4 to Russian Impossible. Reszta to, co może troche dziwić, 3 części Harrego Pottera, tak jakoś zachciało mi się przeżyć dzieciństwo na nowo. Recenzja HP będzie jednak pod koniec całej serii.
Czytam zdecydowanie mniej, bo czas który zazwyczaj przeznaczałem na książki przeznaczam również na nauce gry na gitarze.
Na zakończenie pozdrawiam nielicznych odwiedzających i daję kawałek zespołu którego koncert dziś odwiedzam :)


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...