Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Własne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Własne. Pokaż wszystkie posty

piątek, 31 maja 2013

Valerio Varesi - Z pustymi rękami

Z pustymi rękami
Valerio Varesi
Wydawnictwo Rebis
 264 strony


Otrzymałem jakiś czas temu propozycję przeczytania włoskiego kryminału. Czytałem polskie, skandynawskie, angielskie ale włoski? Chyba jeszcze nie. Pewnie książki tego samego gatunku nie wiele się różnią w poszczególnych krajach, jednak muszę przyznać, że nie wiedziałem czego się spodziewać. Podszedłem do powieści Valerio Varesiego z pewnym dystansem i okazało się, że "Z pustymi rękami" nie tylko nie ustępuje poziomem innym kryminałom ale też ma do zaoferowania kilka ciekawych, wartych uwagi atutów.

Podczas wyjątkowo upalnego i słonecznego lata w Parmie dzieje się coś złego. Właściciel luksusowego butiku zostaje pobity na śmierć we własnym mieszkaniu. Miejscowemu ulicznemu muzykowi ktoś kradnie drogocenny instrument. Kolejne bójki wybuchają w barach i na ulicach a mieszkańcy i przedsiębiorcy doprowadzani są do ruiny przez tajemniczego, nieznanego lichwiarza. Co wspólnego mają ze sobą te wydarzenia i kto za tym wszystkim stoi? Odpowiedzi na te pytania będzie szukał komisarz Soneri.

Od czego zacząć? Już sam opis ukazuje wielowątkowość fabuły. Autor nie skupia się na jednym morderstwie czy przestępstwie. Są pobicia, kradzieże, podpalenia, jest też wątek typowo kryminalny. Niestety, wszystko jest tu już dokonane. Bohaterowie nie biorą udziału w pościgach czy bójkach, co najwyżej mogą potem mozolnie szukać sprawców. Dopiero koniec powieści dostarczyć może trochę więcej emocji. Warto zwrócić uwagę, bo zdecydowanie różni się ono od tych z innych kryminałów. Śledztwo się kończy a mimo to czytelnik, tak samo jak i komisarz Soneri, zostaje z pustymi rękami i świadomością, że poruszony został tylko wierzchołek góry lodowej.

Często bywa w książkach tak, że gdy mamy kilka wydarzeń które pozornie nic nie łączy, na bank mają coś wspólnego. Tak też jest i tutaj. Co ciekawe, autor nie próbuje zrobić z tego jakiejś wielkiej tajemnicy by pod koniec mocno zaskoczyć czytelnika. Komisarz Soneri już po jakimś czasie nie kryje podejrzeń co do powiązań różnych spraw. Zadziałać na czytelnika ma nie fakt samego powiązania różnych przestępstw, lecz rzecz, osoba, czy wydarzenie które je łączy. A jeśli chodzi o to, to stwierdzam bez wahania, że się nie zawiodłem.

Kolejnym ciekawym aspektem jest pogoda w powieści. Z opisu wiadomo, że jest gorące lato. Okazuje się jednak, że to ciepło odgrywa tu swoją rolę. Bohaterowie kryją się, chodząc od jednego chłodnego lub zacienionego miejsca w drugie, lub czekając na noc, która może przynieść odrobinę ochłody. Soneri i inni policjanci pocą się, są zmęczeni i nic dziwnego, że ciężko im się pracuje. Chyba jeszcze nigdy nie spotkałem się z tak częstym wspominaniem działającej na bohaterów pogody. I o ile w zwykłej rozmowie temat pogody używany jest by wypełnić pustkę i ciszę, tutaj ma to jakieś większe znaczenie a desperackie czekanie na powiew wiatru czy chłodną mgłę ukazuje parną włoską rzeczywistość. Niestety odbija się to na treści, w której niewiele jest akcji a dużo zwykłego, rutynowego przesłuchiwania i szukania świadków czy jakichkolwiek dowodów.

Może to nic takiego aczkolwiek odrobinę przeszkadzały mi nazwy własne w powieści. Pewnie tak samo miałby Włoch czytając polskie kryminały. Nazwiska bohaterów nie są problemem jednak często pojawiające się nazwy miejsc czy ulic zdawały mi się jakoś zbyteczne. Mimo wszystko przekonałem się do włoskiego kryminału, Valerio Varesi zachęcił mnie by poznać inne, nie tylko jego autorstwa powieści. I choć momentami mało tutaj typowej akcji, to same śledztwo jak i zakończenie powieści w jakimś stopniu to nadrabiają.


Minęło trochę czasu od ostatniej publikacji, powiem tylko, że miesiąc był ciężki, ale teraz będzie trochę czasu by to nadrobić :)

środa, 24 kwietnia 2013

Marcin Pągowski - Zima mej duszy

Zima mej duszy
Marcin Pągowski
Fabryka Słów
328 stron


Każdy chyba ma w swojej prywatnej biblioteczce książki, które stoją i czekają by je przeczytać. Postanowiłem zmniejszyć liczbę takich pozycji u siebie a przy okazji przybliżyć sobie coś z gatunku fantasy. Wybór padł na "Zimę mej duszy", debiut Marcina Pągowskiego. Jakie były moje odczucia?

Książka składa się z 3 rozciągniętych w czasie opowieści o Hedaardzie, biegle władającym mieczem najemniku oraz krótkiego Appendix, dodatku obejmującego wyciągi z różnych ksiąg ze świata powieści. Heedard będzie musiał zmierzyć się z trudami zdrady i specyficznej miłości, stanie również w szranki z zarówno cielesnymi jak i fantastycznymi wrogami.

Tytułowe opowiadanie osadzone jest w czasie święta Saamhayne i ma czytelnikowi do zaoferowania pełne intryg wątki miłosne, oraz wydarzenia wiążące się z nocą, podczas której duchy zmarłych zstępują na ziemię. Pojawiają się postacie fantastyczne, są nawet ogary piekieł i stojąca gdzieś z boku czarna magia. Dużo wątków przeplata się ze sobą, jednak żaden nie wybija się jakoś na przód. Bohaterowie z powodu mogących wałęsać się po okolicy duchów przez zdecydowaną większość opowiadania siedzą w knajpie. Tutaj również poznajemy dosyć ciekawą przeszłość głównego bohatera, jednak nie zmienia ona faktu, że resztę czyta się z niezbyt dużym zainteresowaniem.

Lepsze pod tym względem wydaje się ostatnie opowiadanie, Cena Ułudy. Śmierć poborcy podatkowego oraz inne, niejasne z początku przyczyny sprowadzają Hedaarda do małej położonej z dala od jakichkolwiek większych miast wioseczki. To to opowiadanie oferuje najwięcej akcji, tajemnic i zaskakujących niespodzianek. W okolicach wioski grasuje bowiem strzyga, mieszkańcy wioski widocznie coś ukrywają a do sąsiednich osad ludzie wręcz boją się chodzić.

Audovera, krótki i raczej średnio ciekawy przerywnik pomiędzy wspomnianymi już opowiadaniami od razu wypada z pamięci i trudno po jakimś czasie stwierdzić o czym był. Zakończenie powieści to zbiór różnych, nie mających z bohaterem czy resztą opowiadań nic wspólnego, artykułów, które w całości wydają się wręcz zbędne. Tylko jedna z czterech opowieści potrafi naprawdę przyciągnąć uwagę, resztę czyta się bez jakiegoś większego entuzjazmu czy napięcia, co smuci biorąc pod uwagę że momentami dzieje się sporo różnych rzeczy i mogło być o wiele bardziej ciekawie.

Bohaterowie w powieści odchodzą jakby na drugi plan. Trudno ich polubić czy nawet sobie wyobrazić. W postaci Hedaarda najciekawsza jest jego przeszłość, związana bezpośrednio ze Stwórcą. Nie żywi on do nikogo żadnych uczuć, jest zimny i nienaturalny. Bardzo dobrze natomiast posługuje się bronią. Jest tak świetny, że nie ma sobie równych i bez problemu sam radzi sobie z kilkoma przeciwnikami. Brzmi trochę nierealnie, czyż nie?

Język powieści jest barwny acz nieskomplikowany. Archaizmy nadają powieści klimatu lecz nie pojawiają się na szczęście co drugie słowo, wszystko jest dobrze usytuowane i ze zrozumieniem treści nie ma żadnych problemów. Nie przypominam sobie również bym zauważył jakieś błędy.

Nie wiem skąd wzięła się "Zima mej duszy" na półce z innymi książkami, wiem jednak, że nie oferuje ona niczego specjalnego. Część jej jest przyzwoita, część natomiast średnia i nudna. Jeśli chcecie spróbować sami to proszę jednak jeśli oczekujecie dobrego polskiego fantasy to możecie się zawieść.


czwartek, 31 stycznia 2013

Jacek Getner - Dajcie mi jednego z was

Dajcie mi jednego z was
Jacek Getner
Wydawnictwo: Najlepszy Seler
164 strony 
 
Zawsze byłem ciekaw filmów i książek, w których akcja dzieje się w jednym, zamkniętym pokoju lub domu. Zazwyczaj autor musi się w takim przypadku skupić na samych bohaterach, ich psychice i zachowaniach a na bok odstawić elementy takie jak np. pościgi. Nie oznacza to jednak, że wraz z utratą tak emocjonujących scen książka przestaje być ciekawa. Niektóre bowiem przypadki, jeśli autor się spisał, potrafią wciągnąć czytelnika bez reszty. Sadzę, że bardzo dobrym tego przykładem może być książka Jacka Getnera: "Dajcie mi jednego z was". Powieść tą udało mi się wygrać na pewnym blogu*. Na pierwszy rzut oka myślałem, że będę miał do czynienia z jakąś opowieścią o śmierci w postaci kostuchy, pewnie z gatunku fantastyki, jednak okazało się że racji nie miałem.

Co łączy surowego emerytowanego dowódcę z wojska, uwodziciela kobiet, bogatego biznesmena oraz przywódcę sekty religijnej? Otóż kolejno: Kapral, Przystojniak, Szczęściarz i Prorok popełniali w przeszłości grzechy. Robili to całkowicie bezkarnie, pewnie nawet nie zdając sobie z tego sprawy. I wciąż by o nich nie wiedzieli, gdyby nie pewno wydarzenie. Wszyscy w tajemniczych okolicznościach lądują w zamkniętym pomieszczeniu. Żaden z nich nie wie w jaki sposób ani dlaczego się tam dostał. Wkrótce okazuje się, że zostali zamknięci przez kogoś kto zwie się Głosem i kto był ofiarą każdego z nich. Jedyną drogą wyjścia z tego pokoju jest skazanie jednego z czterech "lokatorów" na śmierć...

Powieść podzielona jest na 8 rozdziałów, z których każdy opisuje kolejny dzień niewoli. W Dniu 0 bohaterowie zostają porwani i to właśnie tu jest najwięcej zamieszania. Akcja skacze od jednego bohatera do drugiego, a czytelnik, nie znając ich jeszcze może się trochę pogubić. Szybko jednak wszystko staje się jasne i wraz z kolejnymi stronami jest już tylko lepiej. Każdy kolejny dzień przynosi coraz więcej emocji. W umysłach bohaterów zaczynają pojawiać się sprzeczne myśli i pytania. Nerwy bohaterów biorą górę, ich zachowania oraz wewnętrzne dylematy są bardzo dobrze przedstawione. Walczą ze samym sobą i to widać. Każdy z nich chciałby przeżyć. Jednak czy ta mała grupa będzie w stanie kogoś wytypować? Czy można tak po prostu skazać drugiego człowieka na śmierć. Warto się przekonać.

Pan Jacek Getner w tak krótkiej powieści( "Dajcie mi jednego z was" ma zaledwie 164 strony) zmieścił naprawdę dużo emocji i w pewnym sensie również akcji choć nie takiej jaka kojarzy się z pościgami i strzelaninami. Aż szkoda, że tak szybko się to skończyło, z dużą chęcią przeczytałbym tą samą, lecz bardziej rozwiniętą historię. Mimo wszystko i tak warto po nią sięgnąć, bo choć czas na niej spędzony długi nie będzie, to zapewniam, że na pewno nie będzie stracony. Co więcej, może ta powieść nawet kogoś poruszy i skłoni do zastanowienia się nad dylematem dotyczącym ratowania się poprzez skazanie kogoś innego.

Cóż mogę powiedzieć na koniec? Myślę, że warto się z tą pozycją zaznajomić, bez względu na płeć czy wiek potencjalnego czytelnika, na pewno się spodoba. "Dajcie mi jednego z was" zbiera pozytywne oceny i recenzje i trudno się temu dziwić. Książka jest dobra, pozostaje tylko pytanie czemu taka krótka. 
 
Baza recenzji Syndykatu ZwB

sobota, 28 stycznia 2012

Will Thomas - Pewne ryzyko

Oryginalna okładka
Pewne ryzyko
Will Thomas
Rider's Digest
152 strony

„Wszyscy autorzy powieści, których akcja rozgrywa się w epoce wiktoriańskiej, pozostają w cieniu Arthura Conana Doyle’a”*. Czy to jednak oznacza, że nie warto pisać powieści obsadzonych w tychże czasach, z obawy że nie zostaną one zauważone lub niedocenione. Sądzę, że nie. Na poparcie mojego argumentu świetnie nadaje się powieść Willa Thomasa, „Pewne ryzyko”, której akcja rozgrywa się w 1884r. a która była dla mnie udaną przygodą.

Morderstwo w mieście tak wielkim jak Londyn nie jest czymś nadzwyczajnym. Jednak gdy ofiarą jest Żyd, w okresie szczególnie napiętych relacji między tutejszymi mieszkańcami a przybyłymi w poszukiwaniu pracy żydami, zagadka jest już ciekawsza. Tym bardziej, że ofiarę ukrzyżowano na podobieństwo Jezusa, a pod wszystkim podpisuje się tajemnicza Liga Antysemicka. Czy jest to pojedyncza zbrodnia czy też planuje się ich więcej, jako zagładę imigrantów. To właśnie tą zagadkę spróbuje rozwikłać najlepszy detektyw w Londynie, Cyrus Baker wraz ze swym świeżo zatrudnionym pomocnikiem Thomasem Llewelynem.

Podczas gdy śledztwo powoli idzie do przodu, na jaw wychodzą bardzo interesujące fakty. Okazuje się, że ofiarą jest żyd polskiego pochodzenia – Louis Pokrzywa, które wymawia się po-shee-va. Nie sposób ukryć lekkiego uśmiechu po znalezieniu polskiego wątku, mimo że w niezbyt miłych okolicznościach. Ponadto, w angielskich pubach i barach ktoś nakłania miejscowych do agresji wobec imigrantów, którzy odbierają im miejsca pracy. Sytuacja jest napięta, w powietrzu czuć unoszącą się nienawiść.

Powieść bardzo ciekawie się rozpoczyna, co jest zwiastunem tego, że pozostała jej część będzie równie interesująca. Niestety przyznać trzeba, że w środku śledztwa były momenty, gdzie oprócz zwykłych przesłuchań nie było nic, i można się było lekko nudzić. Na szczęście potem jest już lepiej, a zaskakujące zakończenie rekompensuje chwile znużenia. W życiu nie zgadł bym, że to właśnie ta postać mogła być zabójcą i tym samym naganiaczem Londyńczyków.

Największym plusem są tutaj bohaterowie a zwłaszcza Pan Cyrus Baker, kochający swego małego pekińczyka Harma, gustujący w kuchni azjatyckiej, doskonale znający techniki jujitsu i w razie potrzeby potrafiący w pojedynkę stawić czoła grupie przeciwników. Świetnie czyta się o jego poczynaniach, np. z użyciem niesamowicie wyostrzonych morderczych wręcz monet. Autor opisał wszystko z perspektywy Thomasa Llewelyna, co jeszcze bardziej urozmaica akcję, po jakimś czasie bowiem nowy pomocnik dostrzega pewne ryzyko.

Widać tu fascynację Pana Thomasa epoką wiktoriańską i opowieściami o Sherlocku Holmesie, nie zmienia to jednak faktu, że „ Pewne ryzyko” to bardzo dobra powieść kryminalna i że przygoda z nią jest zdecydowanie godna polecenia. Otrzymuje ode mnie 4+/5

*Słowa samego autora - Willa Thomasa

Baza recenzji Syndykatu ZwB

sobota, 21 stycznia 2012

Robert Crais - Zasada dwóch minut

Zasada dwóch minut
Robert Crais
Wydawnictwo Świat Książki
368 stron

„Zawodowcy zawsze przestrzegają świętej zasady dwóch minut. Wchodzisz do banku, przez dwie minuty robisz to, co masz do zrobienia, i się ulatniasz. Dwie minuty to minimalny czas reakcji policji na sygnał bezgłośnego alarmu docierający z napadniętego banku. Z każdą następną sekundą maleją szanse ucieczki.”. Słowa świetnie opisujące zasadę, która wykorzystanie znalazła w kryminale Roberta Craisa pod takim samym tytułem: „Zasada dwóch minut”.

Max Holman, narkoman i przestępca napadający na banki po 10-letniej odsiadce planuje rozpocząć nowe, tym razem uczciwe życie. Niestety w dniu wyjścia z więzienia dowiaduje się o morderstwie jego jedynego syna i trzech innych policjantów. Wszystko wskazuje na to, że było to przypadkowe zabójstwo, jednak dla byłego przestępcy nie wszystkie poszlaki do siebie pasują. Rozpoczyna więc własne śledztwo, prosząc o pomoc jedyną odpowiednią osobę jaką znał, agentkę FBI, która 10 lat wcześniej zaprowadziła go za kratki. W wyniku śledztwa prowadzonego przez ten niesamowity duet, na jaw wychodzą bardzo niebezpieczne fakty, których znajomość grozi śmiercią.

Bardzo ciekawa wydaje się wizja bandziora, który nie chce dłużej być tym złym, próbuje stać się uczciwym człowiekiem, a jedyne czego chce to wiedzieć, kto stoi za zabójstwem jego syna. Chce stanąć na szali sprawiedliwości i zemścić się na tym, który odebrał mu dziecko. Niestety, jak to określił pewien z bohaterów, ta sprawa śmierdzi na kilometr, i każdemu, kto się w nią wplątuje grozi niebezpieczeństwo. Tak więc już po jakimś czasie, gdy w głowie Holmana ukazują się pewne podejrzenia, ktoś zaczyna na niego polować a jego przyjaciela wrabia się w terroryzm. Powieść po brzegi wypełniona jest akcją, a zwroty akcji jak i zakończenie są wręcz nieprzewidywalne.

Jak zwykle to bywa w takich książkach, agentka FBI za sprawą swych znajomości jest w stanie dotrzeć do każdej potrzebnej informacji, korzystając z archiwów różnych organizacji rządowych praktycznie nie zwracając na siebie żadnej uwagi. Trzeba jednak przyznać, że bez tej bohaterki „Zasada dwóch minut” nie byłaby tak ciekawa.

Jeśli komuś w głowie pojawiło się pytanie co ma wspólnego ze sprawą zabójstwa policjantów zasada dotycząca napadów na banki, zapewniam, że odpowiedź i to bardzo ciekawą odnajdziecie w treści tego zdecydowanie wartego przeczytania kryminału. Oceniam go na 4/5.

Baza recenzji Syndykatu ZwB

środa, 11 stycznia 2012

Greg Iles - Zło wcielone

Zło wcielone
Greg Iles
Reader's Digest
190/528** stron

Jest na świecie kilka rzeczy, które kojarzą się ludziom z najgorszym, czymś złym, bez czego świat byłby o wiele, wiele lepszy. Jedna z takich właśnie rzeczy to wszelkiego rodzaju choroby trawiące ogromny odsetek społeczeństwa, w niektórych przypadkach niemożliwe do wyleczenia, zadająca mnóstwo bólu i cierpienia nie tylko ofiarom. Inną zaś okropną rzeczą jest zlecenie morderstwa, np. osoby bliskiej, często w celu wzbogacenia się lub z podobnych pobudek. Dlaczego jednak wziąłem pod uwagę dwa tak różne zagadnienia? Otóż właśnie takiego podwójnie morderczego połączenia użył Greg Iles w swej powieści „Zło wcielone”

Doktor Chris Shepard wiedzie spokojne, lekko monotonne życie. Ma kochającą żonę i dziecko. I wszystko byłoby wspaniale, gdyby tylko nie dowiedział się od agentki specjalnej Alex Morse, że w najbliższym czasie ktoś będzie chciał go zabić i że prawdopodobnie za wszystkim stoi jego żona, Thora. Mimo, że nie dopuszcza do siebie takiej możliwości i wyprasza Morse, informacja ta nie daje mu spokoju. Nawiązuje więc kontakt z agentką FBI i wplątuje się w niebezpieczne śledztwo, którego stawka jest o wiele, wiele większa niż jedno życie, nic nie znaczącego doktora.

Sama Alex Morse jest bezpośrednio ze sprawą związana. Podejrzewa, że jej siostra zginęła w podobnych okolicznościach w jakich miałaby zginąć kolejna ofiara morderczego procederu, który sam w sobie jest świetnie wymyślony. Jesteś milionerem, pragniesz rozwodu jednak wiesz, że zabrałoby to zbyt dużo pieniędzy? Tajemniczy adwokat proponuje Ci zajęcie się za pewną opłatą twoim współmałżonkiem, który już po jakimś czasie trafia do szpitala. I choć na pewno ten motyw był wielokrotnie poruszany, to na pewno nie z tak zatrważającym sposobem działania morderców.

Akcja opowiedziana ze strony siostry ofiary morderstwa poszukującej zemsty przeplata się z wątkami dotyczącymi zupełnie innych, aczkolwiek związanych ze sprawą ludzi. Wraz z biegiem czasu uświadamiamy sobie, że to właśnie oni mogą odgrywać dużą rolę w śledztwie, przy czym autor zadbał żebym dowiedzieli się o tym w odpowiednim czasie.
„Zło wcielone” wypełnione jest niebezpieczeństwami, pościgami, strzelaninami i dużą ilością wciągającej akcji, czytelnik brnie w środek śledztwa razem z bohaterami. Widoczny jest malutki zarys wątku miłosnego, którego niestety autor dalej nie pociągnął.

Sam nie wiem dlaczego ale nie spodziewałem się po tej książce czegoś specjalnego. Tym bardziej więc byłem mile zaskoczony i muszę przyznać, że to dobra, pełna akcji książka, która w niektórych momentach naprawdę daje do myślenia. Jeśli autor korzystał tylko i wyłącznie z faktów i to co w „Źle wcielonym” zawarte jest prawdą, śmiało mogę powiedzieć, że w pewnym sensie mnie to przeraża. Oceniam na 4/5.
Baza recenzji Syndykatu ZwB
*Okładka anglojęzyczna bowiem nie znalazłem polskiej(zawarta była razem z 3 innymi powieściami o tak
** Nie wiem jak traktować liczbę stron bowiem w moim wydaniu ma 190, a na innych stronach, anglojezycznych pisze ze 528. Moze odezwe sie z tym do wydawnictwa lub ktoś z was mi pomoże :)

niedziela, 25 września 2011

Ben Mezrich - Miliarderzy z przypadku | Minirecenzja

Milarderzy z przypadku
Ben Mezrich
Wydawnictwo WAB
Liczba stron: 320


W obecnych czasach praktycznie nie ma ludzi, którzy mając dostęp do Internetu nie słyszeliby o serwisie społecznościowym jakim jest Facebook. Internauci spędzają całe dnie czytając wpisy na tablicach innych, wymieniając się zdjęciami i linkami czy też rozmawiając ze sobą. Jednak niewiele z nich tak naprawdę wie, w jaki sposób powstała strona na której przeglądaniu spędzają większość swego wolnego czasu. To właśnie historię powstania facebooka przedstawiają „Miliarderzy z przypadku”, powieść autorstwa Bena Mezricha.

Mieszkającego na Harvardzie studenta, Marka Zuckerberga uznawano za wyrzutka, odizolowanego człowieka, który zawsze wolał stać z boku. Nie był jak reszta studentów, nie spotykał się ze znajomymi, nie imprezował, wolał spędzać czas na programowaniu w zaciszu swego pokoju. I to właśnie w tym miejscu powstał legendarny thefacebook.com, później zmieniony na Facebook, portal początkowo zrzeszający studentów Harvardu a w późniejszym czasie również innych szkół. „Miliarderzy z przypadku” to, jak napisano na okładce opowieść o seksie, pieniądzach, geniuszu i zdradzie.

Co niektórzy już na pewno zauważyli, jest to jak najbardziej historia prawdziwa. Co prawda w niektórych sytuacjach nie jest pewne czy właśnie tak postępowali lub mówili bohaterowie, jednak podkreśla to sam autor na początku książki i jest to zrozumiałe biorąc pod uwagę to, że Mezrich nie był świadkiem wydarzeń. Pozbierał on je i przedstawił czytelnikom w postaci ciekawej i wciągającej powieści. Właśnie to jest najlepsze, nie ma tu suchych faktów, jak to czasami bywa w powieściach biograficznych, jest natomiast historia młodego ekscentrycznego chłopaka, który programując w akademickim pokoju w pewnym sensie podbił świat. Język powieści jest zrozumiały i nie sprawia żadnych problemów, co jest ważne biorąc pod uwagę także techniczne zwroty i określenia.

Ta powieść autorstwa Bena Mezricha, jest świetnym sposobem, by poznać historię serwisu jakim jest Facebook, a przy tym przeżyć ciekawą przygodę, bo przecież czyta się ją szybko i wciąga niesamowicie. Zachęcającym faktem co do sięgnięcia po „Miliarderów z przypadku” jest to, że książka została zekranizowana, a film „Social Network” oparty na niej został doceniony i zebrał wiele prestiżowych nagród, w tym 3 Oscary. Polecam


Jak ktoś może zobaczył, jest to minirecenzja, długo się za nią zabierałem ale wkońcu się udało. Coraz mniej czytam, doszły lektury i znów wzmożona praca remontowa, tym razem jest to robienie ogrzewania centralnego, od początku :)
Pozdrawiam wciąż odwiedzających :)

poniedziałek, 29 sierpnia 2011

Martyna Raduchowska - Szamanka od umarlaków | Opowieść o pechowym medium

Szamanka od umarlaków
Martyna Raduchowska
Fabryka Słów
Liczba stron: 384


Duchy, szamanka, banshee, demony, seanse spirytystyczne, opętania, egzorcyzmy, wychodzenie poza ciało. Gdy mowa o takich rzeczach, specyficznych trzeba przyznać, myśli się o horrorach, po których nie można spokojnie spać. Jakie więc było moje zdziwienie, gdy ujrzałem te elementy w powieści, która na pierwszy rzut oka wydaje się być przyjemną książką, w żadnym wypadku nie przypominającą horroru. Mowa tu o „Szamance od Umarlaków” autorstwa Martyny Raduchowskiej, wrocławianki, której opowiadania można przeczytać w antologiach „Nawiedziny” oraz „Kochali się, że strach”.

Ida Brzezińska należy do czarodziejskiej rodziny, od wieków pałającej się magią, w której każdy ma jakieś zdolności. Dziewczyna jednak, nie wyczuwając u Siebie żadnych talentów, chce odciąć się od rodziny i żyć jak normalny człowiek: studiować, pracować, bawić się. I może byłoby to możliwe, gdyby nie jeden malutki szczegół: Ida widzi duchy a jej sny przepowiadają śmierć. Z przymusu trafia do ciotki, by uczyć się zawodu medium, a gdy mentorka odchodzi w zaświaty, dziewczyna, będąc zdana tylko i wyłącznie na siebie rozpoczyna najeżone trudnościami i niebezpieczeństwami życie szamanki od umarlaków.

„Szamanka…” odznacza się wciągającą, oryginalną aczkolwiek niezbyt złożoną fabułą, po brzegi wypełnioną ciekawymi aspektami fantastycznymi, których na próżno szukać w innych powieściach tego typu. Ida podczas swej przygody co chwile wpada w jakieś tarapaty, sprawiając, że czytelnik momentami nie może się oderwać. Są jednak elementy, które zniechęcają a obok, których przejść obojętnie nie można.

Główna bohaterka, Ida, jest miłą i przyjemną osobą, której przyszło zmierzyć się z czymś zupełnie nowym i trudnym, więc jej historia powinna w pewien sposób czytelnika do niej przybliżać. Ja jednak nie mogłem się do niej przekonać, często swym zachowaniem irytowała mnie i odpychała. Miałem też dziwne wrażenie, że autorka chce ponad wszystko, momentami przesadnie pokazać jak bardzo niezrozumiałe i nowe jest dla Idy bycie medium. 

Zupełnie czymś innym było natomiast obcowanie z ciotką bohaterki, Teklą. Ta, choć była bardzo wredna i opryskliwa, swym zachowaniem oraz wypowiedziami ociekającymi sarkazmem, wywoływała uśmiech na twarzy. Widać też, że często kpiąc i żartując z Idy, tak naprawdę przywiązała się do młodej medium i  chciała jej przekazać wiedzę niezbędną do przetrwania

Zarówno do interesującego stylu pisania autorki jak i zrozumiałego w odbiorze języka powieści nie mam prawie żadnych zastrzeżeń. Mieszane uczucia wywoływały u mnie zwroty typu: „rzucili jakimś hokusem-pokusem” lub „czarem- marem”. Chyba wolałbym już konkretne nazwy, być może brzmiące głupio ale i tak lepiej niż w/w. Dziwne wydało mi się także potraktowanie Pecha osobowo. Przedstawiony jest tutaj jako coś lub ktoś kto czyha na Idę i robi wszystko by uprzykrzyć jej już i tak ciężkie życie. Mam wrażenie, że bez wstawek o Pechu, książka byłaby równie dobra, kto wie czy nie lepsza.

„Szamanka od Umarlaków” nie jest być może arcydziełem fantastyki aczkolwiek warto poświęcić czas na jej przeczytanie. Jest lekką lecz mocno wciągająca powieścią urzekającą nowymi rozwiązaniami, jednak nie jest pozbawiona wad. Stąd moja ocena to tylko 3/5.

czwartek, 14 lipca 2011

Marek Harny - W imię zasad

W imię zasad
Marek Harny
Wydawnictwo Prószyński i S-ka
Liczba stron: 488


RECENZJA BIERZE UDZIAŁ W KONKURSIE ZORGANIZOWANYM PRZEZ SERWIS ZBRODNIA W BIBLIOTECE


Któż z nas nie pamięta starych kultowych filmów jakimi może pochwalić się polska kinematografia? Kto nie kojarzy genialnej roli Bogusława Lindy, którą oglądaliśmy w „Psach” i sceny rozmowy Lindy z Kondratem, w której padają pamiętne słowa: „W imię zasad, ***”. A co jeśli z tym ostatnim zdaniem jest związana pewna książka? Brzmi interesująco? Bo na pewno tak jest. Chodzi mi oczywiście o powieść „ W imię zasad” autorstwa Marka Harnego, który debiutował zbiorem opowiadań „Unieś mnie wielki ptaku” i wydał kilkanaście książek, wśród których znajdziemy m.in. „Zdrajcę”, „Wszyscy grzeszą” oraz „Pismaka” za którego otrzymał prestiżową Nagrodę Wielkiego Kalibru.
„W imię zasad” to kolejna już część cyklu o Adamie Bukowskim, jednak mi jak na razie przyszło przeczytać tylko tą część.

Już na pierwszych stronach powieści czytamy o kimś, kto był świadkiem morderstwa młodej dziewczyny i cudem uszedł z życiem jednak zaszył się nikomu nic nie mówiąc. Wkrótce okazuje się, że denatką jest Kinga Stolarek, antyglobalistka znana ze swych radykalnych poglądów, jak chociażby zalegalizowanie narkotyków. Policja nadzwyczaj szybko znajduje sprawcę, którym według nich jest znany gwałciciel o pseudonimie Wampir z Sanoka, który niedawno wyszedł z więzienia. Dla Adama Bukowskiego oby dwa fakty są szokujące, bowiem zarówno denatka jak i zabójca byli podmiotami jego artykułów prasowych. Jednak dla bystrzejszego człowieka, zagadka tego morderstwa wcale nie jest rozwiązana, wręcz przeciwnie, sprawa dopiero się rozkręca, pochłaniając kolejne życia. Rozpoczyna się zabójcza gra z czasem, nieznanym przeciwnikiem i spiskiem na skalę światową. Ponadto okazuje się, że w sprawę zamieszana jest córka Adama, Agnieszka Bukowska, co jeszcze bardziej motywuje do wgłębiania się w tajniki śledztwa i tym samym robienia niebezpiecznych rzeczy.

Marek Harny wykreował tu niesamowicie wielką galerię charakterów, w której spotkamy zarówno tych dobrych, jak i tych złych, anarchistów i antyglobalistów, zwykłych gangsterów i grube ryby, skorumpowanych ludzi oraz tych, którzy do końca walczą w imię zasad. Dobrze nakreśleni bohaterowie to zdecydowanie duży plus tej powieści, choć z ich dosyć sporą ilością wiąże się również pewna mała rysa. Jako że wielu z tych bohaterów, zarówno drugoplanowych jak i tych, którzy są całkiem w tle, poza nazwiskiem ma także pseudonimy,  których nie sposób czasami spamiętać, to można się pogubić i nie skojarzyć danej postaci w całości lektury.
Podobnie jest również z wydarzeniami, o których czytamy. „W imię zasad” charakteryzuje się tym, że fabuła opowiadana jest z kilku perspektyw, nie tylko od strony Bukowskiego ale też Renaty Kuc, Inspektora Horoszki i jeszcze kilku innych. Przeplatają się one między sobą a w pewnych momentach jest ich tak wiele, że obraz tego co robił dany bohater znajduje się za ścianą mgły. Dotyczy to jednak głównie środka książki.

Cały ten nadmiar wydarzeń i bohaterów działa przed wszystkim na korzyść książki. Akcja wciąga przez to niesamowicie i zapewnia rozrywkę w nieustannym napięciu na kilka dni. Każdy fan kryminału znajdzie tu coś, co go zainteresuję. W tej powieści dosłownie cały czas coś się dzieje, mnóstwo jest strzelanin, pościgów, zabójstw oraz nieoczekiwanych zwrotów akcji, których ilość powoduje, że momentami nie można się od niej oderwać.
Muszę się przyznać, że choć „W imię zasad” ma niecałe 500 stron i pod koniec wszystko zostało wyjaśnione, Ja i tak czuje swego rodzaju niedosyt. Brakowało mi czegoś specyficznego, co było by idealnym zwieńczeniem powieści, a czego niestety nie odczułem.

Książka Marka Harnego jest zdecydowanie dobrym kryminałem. Mimo to, że w niektórych momentach można się trochę zagubić i że może pozostawić niedosyt, i tak warto ją przeczytać. Tak ciekawe historie i spiski nie pojawiają się nader często. Oceniam ją na 4/5 i pozostaje w przeświadczeniu, że inne części cyklu o Bukowskim przeczytać muszę.

Baza recenzji Syndykatu ZwB

wtorek, 5 lipca 2011

Łukasz Śmigiel - Mordercy

Mordercy
Łukasz Śmigiel
Wydawnictwo Oficynka
Liczba stron: 350

RECENZJA BIERZE UDZIAŁ W KONKURSIE ZORGANIZOWANYM PRZEZ SERWIS ZBRODNIA W BIBLIOTECE


Każde swego rodzaju odkrycie jest dla człowieka satysfakcjonujące i radosne. Podróżnik odkrywa nowy ląd, biolog odnajduje nowe gatunki roślin, naukowcy wynajdują nowe szczepionki. O takich wydarzeniach jest zazwyczaj bardzo głośno, wszędzie się o tym mówi.  Ja natomiast odkryłem nowego autora, jakim jest Łukasz Śmigiel, a jego „Mordercy” są pierwszą jego książką, którą przeczytałem, choć z pewnością nie ostatnią. Pisarz jest dziennikarzem, pracuje w Instytucie Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej na Uniwersytecie Wrocławskim. Jest autorem zbioru opowiadań „Demony” oraz powieści „Muzykologia” i „Decathexis”. W recenzowanym zbiorze opowiadań Śmigiel próbuje przybliżyć nam naturę mordercy i zbrodni, jednak czy mu się udaje?

Czytając „Morderców” miałem wrażenie, że odbywam wędrówkę dalszą i bardziej owocną w przygodę niż tylko w głębię duszy zbrodniarzy. Podróż zaczynamy od wątku kolektywnego mordu, czyli ukrócenia „męki” jaką jest życie w wieku ponad 70 lat. Bohater mający grać główną rolę w tym „oczyszczeniu” nie godzi się jednak z poglądami większości i postanawia walczyć.
Następnie mamy do czynienia z wieloma różnymi, bardziej lub mniej ciekawymi opowiadaniami, w których znajdziemy historie lekko fantastyczne, wypełnione barwnymi, często przerażającymi postaciami, które w mniej lub bardziej oczywisty sposób mają coś wspólnego z mordercami. Różnorodność jest tu ogromna, w jednym opowiadaniu znajdujemy się w świecie wiecznej zimy, gdzie każdy walczy o przetrwanie , a w następnym jesteśmy już na terenach Japonii, gdzie samurajowie walczą z demonami Futakuchi-onna. Oprócz tego, spotkamy tu łowców dusz walczących ze sobą, potrafiących opuszczać ciało, złego Knechta Ruprechta zabierającego w święta niegrzeczne dzieci do mrocznego lasu, czy nawet kogoś na podobieństwo XVI – wiecznego doktora House’a, który musi rozwiązać zagadkę morderstwa.
W podróży, w którą zabierają nas „Mordercy” spotkamy również H.G. Wellsa i jego dziwny przypadek porwania przez obcych, napromieniujemy się bardzo intrygującym spiskiem z
Czarnobyla po kolejnej katastrofie. Nawet taki opis to za mało. Mamy tu 12 bardzo ciekawych, wciągających wręcz pomysłów i choć zdarzają się opowiadania lepsze i gorsze, to tutaj ogólny poziom jest bardzo dobry.

Bardzo trudne okazuje się dla mnie wybranie najlepszego opowiadania, w tym wypadku to trochę tak jak z pytaniem czy mocniej kocha się matkę czy ojca, przy czym tutaj kandydatów jest więcej. Niestety muszę też przyznać, że już po zakończeniu czytania, zdarzyło mi się, że patrząc na niektóre tytuły, nie potrafiłem sobie przypomnieć o czym tak naprawdę one były. Najmniej w pamięci utrwaliło mi się „Śledztwo”.

Interesującym dodatkiem, jest posłowie zamieszczone przez autora jako zakończenie „Morderców”, w którym możemy dowiedzieć się o genezie powstawania poszczególnych opowiadań. Oprócz tego, każdą historię poprzedza cytat, doskonale do niej pasujący, wśród których możemy odnaleźć słowa Deep Purple, Eltona Johna czy nawet Iron Maiden.

Powieść napisana jest prostym i zrozumiałym językiem, z którym nikt nie powinien mieć większych problemów. Tylko raz czy dwa spotkałem literówkę, jednak jeśli występują one tak rzadko, można przymknąć na to oko. Ponadto, sama okładka, prosta aczkolwiek w pewien sposób przerażająca, przyciąga czytelnika. „Mordercy” zdecydowanie są warci swojej ceny.

Przygodę z tą książką uważam za jak najbardziej udaną i nie mam żadnych przeciwwskazań, żeby obdarzyć ją oceną jaką jest 5/5. Każde opowiadanie było na swój sposób ciekawe a ewentualne zniechęcenia wynikają tu tylko z różnych gustów. Ktoś może nie lubić XVI, ktoś podróży w przyszłość, lecz o gustach się nie dyskutuje, Mnie ten zbiór opowiadań spodobał się bardzo, na pewno kiedyś do niego wrócę i z całą pewnością sięgnę kiedyś po inne książki Łukasza Śmigiela.

Baza recenzji Syndykatu ZwB

poniedziałek, 27 czerwca 2011

Antologia Księga Wojny

Księga Wojny
Agencja Wydawnicza RUNA
Liczba stron: 480


Wojna jest rzeczą zdecydowanie złą, zazwyczaj niechcianą ewentualnością, od której się ucieka i którą się pognębia, co do tego nie ma żadnych wątpliwości.. A mimo to, ma w sobie coś, co powoduje, że gry, filmy i książki o tematyce wojennej nieustannie sprzedają się i mają swych fanów wszędzie. Doskonałym na to przykładem jest kolejna antologia wydana przez Agencje Wydawniczą Runa pod wdzięczną nazwą Księga Wojny. Jest to zbiór 10 opowiadań autorstwa polskich pisarzy, tych znanych bardziej jak Ćwiek, Piekara czy Brzezińska oraz tych, którzy mają mniejszy dorobek literacki.

Jak to w dosyć popularnej serii gier „Fallout” zostało powiedziane: „War, war never changes”- wojna nigdy się nie zmienia. Po prostu występuje ona w wielu różnych postaciach, co w tych dziesięciu opowiadaniach zostało ujęte bardzo dobrze. To nie tylko bieżące konflikty zbrojne, to przede wszystkim wspomnienia przeszłych wojen i okropieństw przesiąkniętych nienawiścią. Jak to często bywa w zbiorach opowiadań, lub antologiach, również tutaj mamy opowiadania lepsze i gorsze.

Wprowadzeniem do tematu jest opowiadanie „ Jeden Dzień” Anny Brzezińskiej, które muszę przyznać, lekko zniechęciło mnie do dalszego czytania. Niestety nie jestem fanem fantastyki tak przesiąkniętej obcojęzycznymi słowami, których i tak w większości nie zrozumiem. W zasadzie trudno mi powiedzieć czy coś ciekawego się tam działo, a poza widmem zbliżającej się wojny zapamiętałem niewiele.

Następnym opowiadaniem, jest ciekawe przekształcenie świata II wojny światowej, gdzie nie ma żołnierzy, czołgów i łapanek a miast nich są mechaniczne roboty i mlaskanka, jakiego dokonał nie kto inny a Jakub Ćwiek. Opowiadanie bardzo przypomniało mi „Wrońca” Jacka Dukaja, gdzie również było duże nagromadzenie neologizmów.
Nie chcąc jednak zanudzać opisami każdego opowiadania z osobna dokonałem malej segregacji niektórych tytułów.

„Głosy” Michała Krzywickiego oraz „ Wszystko co przyjdzie, już pozostanie” Pawła Palińskiego są związane z obozami koncentracyjnymi, gdzie w pierwszym opowiadaniu jest to coś na kształt wizji przeszłości napadającej niemieckiego turystę , a w drugim raczej historia obozu przyszłości. W tym zestawieniu bardziej do gustu przypadły mi „Głosy”, chociaż nie mogę powiedzieć, żebym jakoś znacząco nudził się czytając „Wszystko co przyjdzie, już pozostanie”.

„Kanał” Łukasza Orbisowskiego oraz „Bóg jest z nami” Andrzeja W. Sawickiego są kolejnymi opowiadaniami zawartymi w czasie II wojny światowej. Pierwsze przedstawia historię niemieckich powstańców uciekających przed polskim okupantem. Drugie natomiast to bardzo ciekawie przedstawione połączenie wojny jaką znamy, z elementami magii, które to właśnie mi się spodobało. Do tej grupy można także dorzucić bardzo dobre „Lato księżycowych ciem” Marcina Wełnickiego, które przedstawia żołnierzy niemieckich, którzy będąc w Afganistanie mają styczność z tajemniczą postacią porywającą ludzi.

„Twardy metal” Jakuba Nowaka to osadzona w niedalekiej przyszłości walka Lublina z tajemniczym „Przedziwnu” o którym nie wiemy nic, poza tym, że negatywnie wpływa na świadomość ludzi. Spodobało mi się, że głównym bohaterem jest młody chłopak, mniej więcej w moim wieku, dotknięty przez los lecz próbujący z tym żyć.
„Artur Potter Lwie Serce” Jacka Piekary to ciekawa historia naiwnego chłopca, który zwiedziony wizją zostania bohaterem w innym świecie , pakuje się w sytuację, w której jest tylko jednym z tysięcy równie naiwnych żołnierzy, wystawionych do natychmiastowej bitwy „o los tego świata”
„Prawo losu” Krzysztofa Piskorskiego to podróż do zamierzchłych czasów gdzie „ Na smaganych wiatrem Hadesu polach starożytnej Dalmacji”* toczą się wojny, w których biorą udział również istoty nadprzyrodzone. To opowiadanie, choć z początku nudne, spodobało mi się.

Muszę przyznać, że podchodząc do czytania tej antologii, spodziewałem się opisów bezpośrednich starć i walk, o których zawsze z chęcią się czyta lub słucha, a które cieszą oko w przypadku filmów. Niestety jestem lekko zawiedziony gdyż takie właśnie sytuacje znajdziemy w, dajmy na to, 3 lub 4 opowiadaniach i to w niedużych ilościach. Mimo to całą moją przygodę z tą powieścią na pewno zapamiętam i stwierdzić mogę, że choć były momenty, w których się nudziłem, to jednak nie było aż tak bardzo źle.
Niestety ocenę końcową, która w finalnej postaci wynosi 3/5, obniżyło te kilka opowiadań, które niezbyt przypadły mi do gustu. Na pewno będę wracać do „Księgi Wojny” lecz raczej do poszczególnych opowiadań a nie do całości.

*Zaczerpnięte z tylnej okładki powieści.

niedziela, 19 czerwca 2011

Steve Hamilton - Zima pełni księżyca

Zima pełni księżyca
Steve Hamilton
Wydawnictwo Amber
Liczba stron: 240

RECENZJA BIERZE UDZIAŁ W KONKURSIE ZORGANIZOWANYM PRZEZ SERWIS ZBRODNIA W BIBLIOTECE


Patrząc na darowaną mi na urodziny rok temu powieść, jaką jest „Zima pełni księżyca” autorstwa Steve’a Hamiltona, byłem nastawiony sceptycznie. Odstraszony lekko przez okładkę i ilość tekstu na tylnej okładce stwierdziłem, że jeśli będę ją miał kiedyś przeczytać, to na pewno nie w najbliższej przyszłości. Jednak tak wyszło, że przyszedł czas również na tą książkę. I co? Okazało się, że zupełnie niepotrzebnie się martwiłem. Druga część serii stworzonej przez Hamiltona sprawiła wręcz, że żałuję, iż zacząłem czytać tą serię od środka.

Alex McKnight to były policjant i prywatny detektyw, próbujący zapomnieć o przemocy zaznanej pewnej nocy, mieszkający w myśliwskiej chacie w cichym i wiecznie zasypanym śniegiem lesie. Jednak cała iluzja spokoju pęka, gdy Alex spotyka dziewczynę z problemami, Dorothy. Zabiera ją na noc do jednej ze swoich chat, lecz rankiem następnego dnia jedynym obrazem jaki widzi, jest zdemolowana i przewrócona do góry nogami chata, bez swej lokatorki. Podejrzewając, że wszystkiemu winny jest agresywny chłopak dziewczyny, Alex próbuje odnaleźć go, tym samym wpędzając się w jeszcze większe kłopoty. Ktoś włamuje się do jego chaty. Coraz częściej jadąc swym samochodem zauważa, że jest śledzony. Czy uda mu się odnaleźć odpowiedzi na nurtujące go i nas pytania? Kto porwał tajemniczą Dorothy? Dlaczego ktoś śledzi Alexa? Jaki związek z całą sprawą ma biała torba, którą dziewczyna miała ze sobą tego trefnego wieczoru?

Z tą powieścią jest podobnie jak z jedną z tych lodowych „ślizgawek”, które można spotkać zimą. Gdy już nabierzesz rozbiegu i wbiegniesz na lód, ślizgniesz się szybko i zejdziesz z niej dopiero na samym końcu. Tutaj nawet nie potrzebujemy aż takiego rozbiegu, już po kilkudziesięciu stronach książka wciąga tak, że praktycznie nie można się oderwać.  I podobnie jak lód w niektórych miejscach jest bardziej gładki lub szorstki, także w powieści są momenty gdzie czyta się mniej lub bardziej przyjemnie. Do takich gładkich momentów można zdecydowanie zaliczyć dużą ilość nieprzewidywalnych zwrotów akcji. Znajdziemy tu pościgi, porwania, bójki a gdy już nam się wydaje, że wiemy kto stoi za tym wszystkim, autor serwuje nam kolejną niespodziankę i zagadkę to zgryzienia. Jest to duży plus, prawie do samego końca nie wiedziałem, kto porwał Dorothy lub gdzie jest ta tajemnicza biała torba.
Gorszymi momentami są natomiast te, w których autor częstuje nas czasami przydługimi opisami, jednak muszę przyznać, że podczas lektury powieści, nie nudziłem się prawie wcale.

Kolejną kwestią warto poruszenia są bohaterowie. Spodobała mi się postać Alexa McKnigtha, przez to, że nie jest kolejnym superbohaterem jakich wielu a tylko zwykłym człowiekiem podatnym na ból i nie tylko. Ulega pokusom, popełnia błędy i z dużą częstotliwością ląduje w szpitalu. I tu właśnie miałem nieprzyjemne wrażenie, że autor specjalnie wykreował Alexa na lekkiego fajtłapę obrywającego od życia. A to go biją, a to demolują mieszkanie lub ciągną sznurem za skuterem śnieżnym.
Pojawia się jednak ciekawa, choć z początku irytująca postać jaką jest Leon Prudell, wciąż nakłaniający Alexa do założenia wspólnej firmy detektywów, i pomagający mu w rozwiązaniu tej tajemniczej zagadki. Mamy też przyjemność poznać najlepszego przyjaciela Alexa, pochodzącego z indiańskiego plemienia Ojibwa Vinniego.
Autor bardzo sprawnie wprowadza do akcji nowych bohaterów, agentów DEA lub rosyjskich mafiosów.

„Zima pełni księżyca” jest powieścią zdecydowanie krótką. Tylko 240 stron sprawia, że jest to rozrywka na maksymalnie kilka wieczorów, a przystępny, łatwy do przyswojenia język sprawia, że czyta się ją naprawdę szybko. Mimo to warto po nią sięgnąć. Wciąga w wir wydarzeń, trzyma w napięciu i zaskakuje rozwiązaniem zagadki. Czego chcieć więcej?

Baza recenzji Syndykatu ZwB

wtorek, 7 czerwca 2011

Stephen King - Pod Kopułą

Pod Kopułą
Stephen King
Wydawnictwo Prószyński i S-ka
Liczba stron: 928


Wyobraź sobie, że miasto w którym mieszkasz zostaje nagle odcięte od świata niewidzialną kopułą, sięgająca bardzo wysoko w górę i bardzo głęboko w dół. Nikt nie ma pojęcia skąd się wzięła, z czego jest zrobiona i jak ją zniszczyć. Tak mniej więcej przedstawia się sytuacja w powieści Stephena Kinga: „Pod kopułą”. Pomysł na książkę zrodził się w 1976 roku lecz pracę nad nią zakończono dopiero w 2009 roku a jej pierwszy rękopis ważył 9 kg. Ponadto Steven Spielberg wykupił już podobno prawa do jej ekranizacji.  Została okrzyknięta najlepszym utworem Kinga, dostała się za pierwsze miejsca bestsellerów i jest rozchwytywana na całym świecie, gdzie czytelnicy doświadczają fenomenu i świetności Kinga.
           
Zwyczajne amerykańskie miasteczko jakim jest Chester’s Mill pewnego dnia zostaje w tajemniczy sposób odcięte od świata.  Okazuje się, że przyczyną tego jest niewidzialna bariera nazwana również później kopułą. W chwili odgrodzenia miasteczka od świata, w wypadkach samochodowych i lotniczych ginie niemała liczba osób, jednak najgorsze dopiero się zaczyna. Bezwzględny i żądny władzy Duży Jim Rennie wraz z synem zaczynają „podbój” miasta i jego mieszkańców a jedynymi, którzy opowiedzieli się po stronie dobra jest grupka ludzi z weteranem wojny w Iraku, Dale Barbarą na czele.

Ktoś mógłby stwierdzić, że skoro książka ma 900 stron, to musi być nudna i przewlekana tylko od czasu do czasu jakimś wydarzeniem, które powinno napędzać akcję. Nie bardziej mylnego. Tu praktycznie cały czas coś się dzieje, a autor nie skupia się na jednym czy dwóch bohaterach. Przedstawia nam praktycznie całą ludność miasteczka, w niektórych życie wnikając bardziej a w niektórych mniej. Dziennik USA Today wygłosił niegdyś opinię, że jest to wyjątkowo uzależniająca lektura. Zdecydowanie się z tym zgadzam. Pomimo swej objętości, „Pod kopułą” wciąga nas, niczym pod kolejną kopułę, z której wydostać można się dopiero gdy skończy się czytać całą powieść.     

Jak już było wspomniane a co trzeba rozwinąć to to, że autor nie skupia się tylko i wyłącznie na kilku bohaterach, wręcz przeciwnie, spotkamy tu bardzo wiele postaci. W powieści jest tak gęsto i różnorodnie ,że momentami można się wręcz pogubić. Jednak według mnie taki ogrom charakterów to wielka zaleta i widać, że King się przy tym napracował. Nie łatwe jest opisanie zachowania i czynności wykonywanych przez kilkudziesięciu lub kilkuset ludzi, którym przystało znajdować się w odosobnieniu od świata przez tak długi czas. Jeśli chodzi o miejsce akcji, autor zatrzymał się na jednym miasteczku i jego okolicach lecz na pewno nie można powiedzieć, że się nie postarał. Znajdziemy tu mnóstwo ciekawych i użytecznych opisów, które pozwolą nam bardziej wczuć się w klimat książki.

Powieść napisana jest dosyć prostym językiem, bez żadnych wydziwnień co ulepsza komfort jej czytania. Jak większość książek Kinga, również ta skierowana jest raczej do dorosłych i nastolatków. Zdecydowanie odradzam natomiast czytanie jej czytelnikom jeszcze młodym, ze względu na panującą w niej przemoc. Spotkamy tu bowiem przejawy wszelkiego rodzaju przestępstw, które zresztą występują zawsze, gdy ludzie są pod presją i żyją w panice.

Moim zdaniem, jest to jedna z najlepszych książek Stephena Kinga a przynajmniej z tych, które dotychczas miałem okazję przeczytać. Mistrz literatury grozy powraca do świetności, więc zdecydowanie warto przeczytać tą powieść na wysokim poziomie. Każdy znajdzie tu coś dla siebie. Intrygujące spiski, ociekające miłością romanse oraz kontrowersyjne tajemnice,  po prostu wszystko.
Przekonaj się co było przyczyną tajemniczego klosza i dowiedz się kto przetrwał.
Serdecznie polecam.

 Recenzję znalazłem na dysku, jednak w znacznie słabszym wydaniu, poprawiłem trochę i wstawiłem, bo narazie jeszcze czytam Sanctusa i na recenzję jeszcze kilka dni będzie trzeba poczekać :)

sobota, 4 czerwca 2011

Stephen King - Pokochała Toma Gordona

Pokochała Toma Gordona
Stephen King
Wydawnictwo Prószyński i S-ka
Liczba stron: 192


            Pewnego letniego dnia zgubiłem się w lesie. I choć było to raczej dawno i odnalazłem się po mniej więcej 2 godzinach, zapamiętałem ten dzień na długo. A szczególnie nie zapomnę uczuć, które się we mnie rodziły. Z początku zdezorientowanie i lekkie zaskoczenie, że mogłem się zgubić, potem narastający strach o najbliższą przyszłość. Nie wyobrażam sobie jednak, co by było gdybym zaginął w tym lesie na dłuższy czas, powiedzmy tydzień albo dwa. I tutaj już nie muszę zdawać się na doświadczenie, bo z pomocą przychodzi Stephen King, wraz z jego książką „Pokochała Toma Gordona”.

Dziewięcioletnia Trisha McFarland od czasu rozwodu rodziców skazana była wraz z bratem na sobotnie „rodzinne” wycieczki w towarzystwie mamy, których nigdy naprawdę nie lubiła. Właśnie podczas kolejnej takiej wycieczki do lasu, matka i brat dziewczynki pogrążeni byli w kłótni i nie zwracali na nic innego uwagi. Trisha jednak musiała się załatwić, więc zeszła z wyznaczonego szlaku, by nikt nie był jej w stanie zauważyć. I potem popełniła prawdopodobnie największy błąd w swoim życiu: Zdecydowała, że nie pójdzie z powrotem drogą którą przyszła, lecz pójdzie prosto w stronę oddalających się już głosów. Lecz te po jakimś czasie ucichły, a Trisha została sam na sam z wszelkimi okropieństwami jakie czają się w lesie. I tak zaczyna się jej ponad tygodniowa walka o przetrwanie, w słońcu i w deszczu, na suchym lądzie i przez bagna, podczas gdy jedzenie zabrane na wycieczkę powoli się kończy, doskwiera jej głód i pragnienie a wokół czai się „coś” złego.

Na początku książki, po przeczytaniu kilkudziesięciu stron miałem dziwne wrażenie, że nie będzie tu już nic ciekawego. W końcu, to prosta historia, w której dziewczynka przez własną głupotę gubi się w lesie. O czym tu jeszcze pisać przez ponad sto stron? Czytając jednak dalej coraz bardziej oddalałem się od własnego przekonania i zrozumiałem swój błąd, bo książka wciąga jak bagno, z którego nie można się wydostać, a momentami tak niesamowicie trzyma w napięciu, że nie mogłem się oderwać nawet gdy ktoś mnie o coś pytał.
Bardzo spodobał mi się wątek tego „czegoś” co wyraźnie podążało za zagubioną dziewczynką, nie atakującym jej jednak, jakby czekało na odpowiedni moment, moment w którym Trisha będzie odpowiednia. Wiemy przecież, że można bać się pająków lub klownów, jednak największą zgrozę odczuwamy z powodu czegoś niewiadomego, nieznanego. I to „coś” było właśnie ukazane, jako coś nieznanego. Tym bardziej się jednak rozczarowałem, gdy pod koniec powieści, zostało częściowo ukazane.

Jako, że tytułowy Tom Gordon był baseballistą, również w treści książki od czasu do czasu przewija się właśnie motyw tego sportu. I tutaj trochę tracą czytelnicy, tacy jak Ja, którzy bądź co bądź nie znają jednak tej amerykańskiej gry. Nigdy nie widziałem(poza filmami, z których zasad tego sportu na pewno się nie pozna) baseballu i niektóre a raczej większość opisów go dotyczących była dla mnie po prostu niejasna.
Powieść skłania w niektórych momentach, do zastanowienia się na temat istnienia Boga. Czy będzie to Bóg Toma Gordona, czy Niesłyszalny, w którego wierzył ojciec Trishy? Czy istnieje on i czuwa nad nami z wysoka, czy może pozostawia nas zdanych tylko na siebie?

Świetnie ukazana jest tu także metamorfoza głównej bohaterki. Schodząc ze szlaku, słysząc jeszcze głosy rodziców, była po prostu małą dziewczynką, niezdolną do samodzielnego działania. Tego właśnie nauczył ją las, gdzie jedzenia nie znajduje się ot tak, i z każdej strony czyha niebezpieczeństwo. W pewnym momencie Trisha pomyślała sobie: „ Teraz jestem starsza od swego brata, Pete’a” i choć jej brat miał kilka lat więcej to muszę się z nią zgodzić, gdy mowa jest o dojrzałości.

„Pokochała Toma Gordona” jest bardzo dobrą, trochę inną od wszystkich, jednak wciągającą książką, o której szybko nie zapomnę i do której na pewno kiedyś wrócę. I choć na początku miałem małe wątpliwości, to King bardzo szybko je rozmył i wziął mnie na bardzo ciekawą choć niebezpieczną przygodę. Powieść bardzo mi się podobała, tym samym motywując mnie do sięgnięcia po kolejne książki mistrza grozy. Polecam

Baza recenzji Syndykatu ZwB

środa, 25 maja 2011

Agatha Christie - Przyjdź i zgiń



Przyjdź i zgiń
Agatha Christie
Wydawnictwo Dolnośląskie
Liczba stron: 276


Idziesz spokojnie ulicą, nie spodziewasz się niczego, nagle słyszysz krzyk. Patrzysz w stronę budynku, z którego ten krzyk dobiegł i widzisz dziewczynę biegnącą co sił w nogach w twoją stronę, z przerażeniem namalowanym na twarzy. Gdy dobiega do Ciebie, z trudem wydusza z siebie, że w domu na podłodze leży martwy mężczyzna. Gdy z trudem przekonujesz samego Siebie, żeby to sprawdzić, okazuje się, że dziewczyna mówiła prawdę. Na podłodze leży dosyć przystojny facet w garniturze, jednak twoją uwagę przykuwa dziwny fakt. W pokoju ktoś ustawił kilka zegarów, wskazujących tą samą, nieprawidłową godzinę – 4.13. Brzmi nieprawdopodobnie? A właśnie tak wygląda jedno z najdziwniejszych popołudni głównego bohatera powieści „Przyjdź i zgiń” autorstwa nieśmiertelnej mistrzyni kryminału, Agathy Christie. O autorce dużo pisać nie trzeba, bo większość zna, a jeśli ktoś nie zna to polecam się z jej twórczością zapoznać.

Kolejne już moje spotkanie z Panią Christie, jednak czy w pełni udane? Podchodząc do jej powieści oczekuje czegoś co mnie zaskoczy a wir wydarzeń nie pozwoli mi się od niej oderwać. Jednak czy tak było nie jestem pewien. Co wynika ze wstępu, cała ta tajemnica zbrodni jest niesamowita. Do biura stenotypistek dzwoni ktoś i zamawia konkretną dziewczynę do przepisywania listów, a gdy ta dociera na miejsce, odkrywa zwłoki. Właścicielka domu, ślepa Pani Pebmarsh twierdzi jednak, że nie dzwoniła nigdzie i nie wzywała stenotypistki. Cała ta historia niezmiernie mnie zaintrygowała. W mej głowie zaczęły się pojawiać dziesiątki pytań. Kto chciałby wrobić młodą dziewczynę w morderstwo, kim tak naprawdę jest niezidentyfikowany mężczyzna, jaki związek mają z tym te trzy zegary, i wiele innych. Jest to duży plus tej i innych książek Christie. Fabuła postępuje tak, że skłania czytelnika do myślenia, szukania odpowiedzi na te wszystkie pytania, kartkowania i  uważniejszego czytania.

Pozytywnym aspektem jest tutaj połączenie dwóch wątków: śledztwa związanego z zabójstwem tajemniczego mężczyzny oraz śledztwa wykonywanego przez agenta Scotland Yardu, Colina Lamba( to na niego wybiegła z krzykiem Sheila Webb, młoda dziewczyna).
I tak też podczas rutynowego przesłuchiwania sąsiadów, Lamb dopatruje się szczególnych informacji mogących naprowadzić go na trop. Muszę się jednak przyznać, że nie do końca zorientowałem się o co chodzi z tym śledztwem Scotland Yardu i choć biorąc pod uwagę moje nocne czytanie trudno mi obarczyć winą książkę, to czuje się trochę rozczarowany.
Jeśli już wspomniałem o sąsiadach, których Lamb odwiedza z inspektorem Hardcastlem, to muszę powiedzieć, że jest to istna galeria ciekawych charakterów. Spotkamy tu nie widzącą świata poza kotami kobietę, matkę dwojga rozbrykanych i często wtykających nos w nie swoje sprawy dzieciaków i kilka innych postaci.

Wspomnieć trzeba również o specyficznej narracji, przeplatane są tu zarówno relacja Colina Lamba, czyli narracja czysta 1-osobowa, pozwalająca zgłębić umysł agenta Yardu z  rozdziałami z narracją 3-osobową, gdzie czytamy o czynach i emocjach pozostałych bohaterów. Trzeba przyznać, że to bardzo ciekawe rozwiązanie.
Dla fanów Herkulesa Poirot mam raczej smutną wiadomość, gdyż ten pojawia się, lecz dopiero w połowie książki, i swą postawą pragnie dowieść, że sprawę morderstwa można rozwiązać siedząc w fotelu i analizując fakty, przez co odchodzi on raczej na drugi plan.

Tym, co sprawiło, że powieści „Przyjdź i zgiń” nie mogę dać najwyższej oceny jest samo rozwiązanie zagadki morderstwa. Detektyw Poirot mówi, że skoro sprawa wydaje się trudna, to morderstwo musiało być proste. Autorka chciała chyba, by tak właśnie wyszło, by wszystko okazało się proste. Ja jednak musiałem dwa razy przeczytać rozwiązanie zagadki, bo za pierwszym razem po prostu się zgubiłem. Podobne sytuacje miałem kilka razy już podczas czytania, co lekko mnie zniechęcało.

Biorąc jednak pod uwagę całość powieści, jest to pozycja godna przeczytania, zarówno dla fanów Christie, choć Ci na pewno po nią sięgną, jak i dla tych, którzy po raz pierwszy sięgną po twórczość mistrzyni kryminału. Jest tu wszystko, co potrzebne, by wciągnąć czytelnika na kilka godzin w świat morderstwa i śledztw. Z czystym sumieniem daje tej pozycji 4/5.


Z powodu ostatnich problemów na bloggerze, związanych z niemożliwością  zalogowania się oraz z powodu dzisiejszego wyjazdu na dni otwarte TVP Bydgoszcz, nie miałem możliwości czytania waszych recenzji i byłem trochę nieaktywny :)
Ankieta zakończona: Choć licznie udziału nie braliście to jednoznacznie wygrał gatunek Fantasy a na drugim miejscu Science - Fiction wraz z Kryminałem :)
Pozdrawiam

Baza recenzji Syndykatu ZwB

wtorek, 17 maja 2011

Stephen King - Lśnienie

Lśnienie
Stephen King
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
ISBN: 978-83-7648-113-5
Liczba stron: 520


Przed każdym spotkaniem ze Stephenem Kingiem czuje swego rodzaju podekscytowanie. Może nie było tych spotkań tak wiele, zaledwie garstka z całego dorobku autora owianego mianem mistrza grozy, jednak za każdym razem gdy sięgam po kolejną jego powieść, czuje w środku, że będzie warta przeczytania i dostarczy mi wiele emocji. Tym razem cofnąłem się do początków twórczości Kinga i sięgnąłem po jego trzecią książkę czyli Lśnienie. Gdy z ciekawości przed lekturą zajrzałem do Internetu, przeczytałem dużo pozytywnych opinii, gdzie ludzie uważają tę pozycję za najważniejszą, najlepszą z utworów Kinga i za horror wszechczasów. Zachęcony tym wszystkim czym prędzej sięgnąłem po nią i zacząłem czytać.

Trzyosobowa rodzina Torrance’ów jest od dłuższego czasu w trudnej sytuacji. Jedyna zarabiająca osoba w rodzinie, Jack Torrance zostaje zwolniony z posady nauczyciela po tym jak nie potrafiąc zapanować nad własnym gniewem uderzył swego ucznia. Wraz z żoną Wendy i synem Dannym wiodą cieżkie i z pozoru spokojne życie. W końcu nadchodzi szansa na lepsze życie i możliwość, by Jack dokończył pisać swą powieść. Jego znajomy bowiem załatwia mu posadę dozorcy w opuszczonym na zimę górskim hotelu Panorama. Wydaje się, że to miejsce będzie oazą spokoju, relacje rodzinne polepszą się a Jack znów zacznie pisać. Jednak sześcioletni Danny, często miewający sny na jawie i tzw. jasność, która objawia się czytaniem w myślach i czymś na podobieństwo jasnowidzenia, czuje, że coś jest nie tak. Przeczuwa, że z hotelem Panorama wiąże się coś złego i w głębi duszy boi się tam jechać.
Jakiś czas po zaaklimatyzowaniu się w nowym miejscu, rodzina przekonuje się dlaczego Danny się bał, na powierzchnie zaczynają wypływać brudy przeszłości, i nie wszystko dzieje się tak jak powinno.

To co wysuwa się na pierwszy plan, gdy ponownie myślę o Lśnieniu to bohaterowie. Bardzo dobrze nakreśleni, jedyni w swoim rodzaju, naznaczeni ciężkim życiem. Razem tworzą rodzinę, jednak oddzielnie każde z nich to inny charakter, mający własną przeszłość i coś czym różni się od reszty rodziny. Autor pod postacią retrospekcji ukazuje nam dzieciństwo i przeszłość zarówno Danny’ego jak i Wendy oraz Jacka. Szczególnie ważne jest według mnie dzieciństwo tego ostatniego, gdzie możemy zobaczyć jak miał ciężko, gdy jego ojciec co wieczór wracał pijany, i jak się to odznaczyło na Jacku, który w swym najtrudniejszym okresie popełniał błędy swego ojca. To prawda, sięgał on do kieliszka, i często nie potrafił zapanować nad gniewem, jak wtedy gdy złamał synkowi rękę lub uderzył ucznia. Jednak w chwili przybycia do hotelu trwał już od kilku miesięcy w abstynencji, i nic nie zwiastowało tego by nagle zaczął pić.
Jedną z najważniejszych rzeczy w Lśnieniu jest według mnie właśnie przemiana Jacka. Przybywając do hotelu jest kochającym ojcem i mężem, lecz pod wpływem hotelu, odcięcia od świata i uczucia klaustrofobii coś w nim pęka. Coraz częściej czuje się niezrozumiany przez rodzinę,  gdzieś w środku odczuwa gniew, a wszystko potęguje coraz mocniejsza potrzeba napicia się.

Duża rolę odgrywają tutaj pozostałości ludzi, którzy niegdyś mieszkali w Panoramie, i której najwidoczniej nie chcą lub nie mogą opuścić. Wiąże się z tym ciekawy aczkolwiek trochę rozczarowujący mnie wątek. W piwnicy hotelu, niedaleko kotła którego zawsze trzeba pilnować, Jack znajduje tysiące wycinków prasowych, rachunków i kwitków hotelowych z którymi wiąże się wiele przemilczanych i zapomnianych historii. Nowy dozorca wczytując się w nie wywleka na światło dzienne fakty takie jak zabójstwo ważnego gangstera oraz setki morderstw, samobójstw i zwykłych śmierci, które zdarzyły się w tym hotelu. Zawiodłem się jednak, gdy co jakiś czas czytałem jak Jack próbuje połączyć wszystkie fakty i znaleźć coś co może je połączyć i liczyłem na jakieś ciekawe odkrycie a cały wątek jakby się rozpłynął pozostawiając za sobą tylko lekki niedosyt.

Przejdźmy jednak do tego co powinno się znaleźć w horrorze i co jest bardzo mocną stroną Lśnienia. King bardzo sprawnie buduje napięcie i od pewnego momentu już przez cały czas czuć tą specyficzną atmosferę zagrożenia. Momentami, jak incydenty w łazience lub na placu zabaw, naprawdę budzi grozę, tym bardziej jeśli brać pod uwagę późniejsze zachowanie Jacka. Ja jednak czuje się źle, gdyż powieść choć była dobra to nie przestraszyła mnie na tyle, bym mógł nazwać ją arcydziełem horroru, jak mówią o niej ludzie w wielu opiniach.
Jest to tak czy tak bardzo dobra książka, którą będę miał w pamięci i do której na pewno nie raz wrócę. Ma wszystko czego potrzeba, by zapewnić godziny świetniej przygody wypełnionej strachem, ale i też nadzieją. Jeśli dodamy do tego specyficzny styl Stephena Kinga, wyjdzie nam książka, którą bez żadnych wątpliwości oceniam na 4/5 i bardzo mocno polecam fanom autora i nie tylko. 
_____________________________________________________________
Będzie mi miło jeśli wyrazicie opinie o recenzji bo sam z siebie mam wrażenie, że jest jakaś inna, i ciężko mi było do niej usiąść. :)
Reaktywowałem także ankietę, która znikła gdy masowo poznikały posty.
Pozdrawiam

Baza recenzji Syndykatu ZwB

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...